W tym kraju każdy może zmienić świat. Rozmowa z Tomem Monaghanem.

źródło: Fronda nr 35 (Wielkanoc 2005)

TOM MONAGHAN (1937) amerykański miliarder, biznesmen, założyciel (w 1960 roku) i prezes sieci restauracji Domino’s Pizza, założyciel wielu chrześcijańskich instytucji, takich jak m.in. radio Ave Maria, fundacja Ave Maria czy organizacja przedsiębiorców katolickich Legatus. Obecnie w Naples na Florydzie buduje pierwszy od 40 lat katolicki uniwersytet w Stanach Zjednoczonych. Mieszka w Ann Arbor w stanie Michigan.

Na początku XX wieku Max Weber pisał, że postęp technologiczny nieuchronnie wymusi sekularyzację wysoko rozwiniętych społeczeństw, które odwrócą się od Boga. Początek XXI wieku zdaje się potwierdzać przepowiednie Webera w Europie Zachodniej. Ale w Stanach Zjednoczonych jest już zupełnie inaczej. USA to nie tylko jedyne na świecie supermocarstwo, lecz również najbardziej rozbudzony religijnie kraj cywilizacji zachodniej. Skąd, Pana zdaniem, bierze się ta różnica między Ameryką a Europą Zachodnią?

Nie mogę uwierzyć, że możliwe jest, aby ktoś, kto wierzy w Boga i wyznaje wiarę katolicką, mógł się od tego odwrócić. Po prostu tego nie rozumiem. Pewnie jego wiara nie była dość silna. Z egoistycznego punktu widzenia: nie chcę spędzić wieczności w piekle. Moja wiara uczy mnie, że piekło jest gorsze od czegokolwiek, co można sobie wyobrazić. Dlaczego więc miałbym chcieć spędzić wieczność w ten sposób? A niebo jest czymś o wiele wspanialszym od czegokolwiek, co możemy przeżyć tu na ziemi. I trwa wiecznie. Uważam, że trzeba znosić wszelkie przeszkody tego życia jako test, w którym nagrodą jest wieczność. Więc nie rozumiem, dlaczego zarówno narody, jak i jednostki mogą się poddawać. Nie rozumiem tej logiki.

Co by się stało, gdyby wybory prezydenckie w USA wygrywali ciągle kandydaci o poglądach Bida Clintona? Jakie mogłoby to mieć skutki dla Ameryki i dla świata?

Myślę, że gdybyśmy nic nie robili w sprawie aborcji, eutanazji i innych tego typu spraw, to nasz kraj przeszedłby te same koleje, co Niemcy w latach 30. i 40. Mam nadzieję, że kongresmani i senatorowie powstrzymają takich prezydentów, jak Clinton, Gore czy Kerry, przed wyrzuceniem Boga i zniszczeniem tego, co stworzyli kiedyś nasi ojcowie. Jest też nadzieja, że w tym kraju powstaje ciągle wiele nowych inicjatyw. Media mają nastawienie bardzo antyreligijne, ale w odpowiedzi powstają nowe media wspierające duchowe pierwiastki. Szczególnie jest to widoczne w radiowych talk-show. Również Internet służy tym samym potrzebom. W USA, nie wiem jak to jest w Europie, jest silny ruch pro-life. Może tego typu rzeczy chronią Stany przed sytuacją, jaka ma miejsce w Europie. Jeśli jednak USA poszłyby tą drogą, prawdopodobnie inne kraje świata przejęłyby pałeczkę. Prawdopodobnie Ameryka Łacińska, Polska, Filipiny, Korea Południowa czy inne państwa, gdzie wiara katolicka jest silna, gdzie silniejsza jest hierarchia, a powołania duchowne liczniejsze. Stany Zjednoczone nie są monolitem, tutaj nacisk sekularyzacji jest szczególnie wielki. Aborcja jest legalna. Dekalog jest rugowany z życia publicznego, w Kościele wybuchł skandal pedofilski. Trwa wojna o duszę Ameryki.

Gdzie Pańskim zdaniem tkwi klucz do zwycięstwa w tej bitwie?

Kłoś powiedział, że historia to jedna wielka bitwa między dobrem a złem, a Stany Zjednoczone, będąc najpotężniejszym i najbardziej wpływowym państwem na świecie, narażone są na szczególną uwagę szatana. Myślę, że wiele pomogą tu nowe powołania kapłańskie, z jakimi mamy do czynienia w Kościele katolickim w USA. Sądzę, że skandal dotyczący homoseksualizmu wśród księży oczyści seminaria. Myślę też, że bardzo ważna jest edukacja, a zwłaszcza prywatne nauczanie w domach (homeschooling). Ponad milion katolickich dzieci korzysta dziś z tego typu szkolnictwa i są to najlepiej ukształtowane dzieci w naszym Kościele. Ruch ten wzrasta w tempie 50–100 proc. rocznie. To znaczy, że za kilka lat liczba dzieci nauczanych w domach będzie większa niż liczba wszystkich uczniów w szkołach katolickich w USA. Uważam, że to bardzo pozytywny trend i przyczynia się do wzmocnienia rodziny.

Zdecydował się Pan na założenie uniwersytetu katolickiego. Dlaczego właśnie to uznał Pan za priorytet?

Najlepszym sposobem na zbawienie duszy, co stanowi mój najważniejszy cel, jest służenie Kościołowi katolickiemu przy pomocy posiadanych zasobów i doświadczenia otrzymanego od Boga. Sądzę zaś, że najlepszym sposobem służenia Kościołowi jest dziś edukacja. A najbardziej efektywną formą edukacji jest szkolnictwo wyższe. Uniwersytet zbiera w jednym miejscu ludzi z USA i z całego świata, którzy później wrócą do siebie, do pracy na całym świecie. Przede wszystkim chodzi o prawników. Sądzę, że są oni bardzo ważni dla naszego społeczeństwa. W USA mamy monarchę. Jest nim Sąd Najwyższy. Wyroki sędziowskie zdominowały kierunek, w jakim podąża ten kraj. Dlatego musimy wykształcić dobrych prawników. Większość polityków to prawnicy. Wielu biznesmenów ma wykształcenie prawnicze. Chcemy również kształcić księży. Wydaje się, że możemy mieć do czynienia z większą liczbą powołań kapłańskich w USA i prawdopodobnie na świecie. Możemy również kształcić przyszłych dyrektorów szkół katolickich. Mamy w Stanach wiele szkół katolickich, ale słabo radzą sobie one z przekazywaniem wiary. Szkoły już istnieją. Nie musimy ich kupować ani budować, musimy je tylko prawidłowo prowadzić. Wszystko zależy od dobrego dyrektora, który postara się o dobrych katechetów i zapewni porządne nauczanie teologiczne. Trzeba zatrudniać odpowiednich nauczycieli, którzy umieją wspierać misję szkoły. W ten sposób wpływa się na setki tysięcy, na miliony ludzi — przez dobranie odpowiednich liderów. Każda z takich szkół w USA musi wykształcić nauczycieli katechetów, którzy znają wiarę katolicką, żyją nią i wiedzą, jak ją przekazywać. To wszystko są nasze cele.

Bardzo ważna jest też komunikacja masowa. W Stanach prawdopodobnie 95 proc. ludzi mediów to niewierzący — wirtualni poganie. Trzeba wykształcić fachowców, ponieważ media są bardzo ważne. Takie są nasze plany. To chyba najważniejsze powody, dla których, jak sądzę, warto założyć uniwersytet. Czynię to również dlatego, że niewielu ludzi byłoby w stanie to zrobić. Niewiele osób ma wystarczające zasoby, by temu podołać. Są w stanie powołać szkołę podstawową czy średnią, ale nie uniwersytet. Poza tym czuję, że jest to mój obowiązek ze względu na wszystkie błogosławieństwa otrzymane przeze mnie od Boga.

Dlaczego nie zdecydował się Pan jednak dofinansować któregoś z istniejących obecnie uniwersytetów katolickich, zamiast zakładać nowy?

Sądzę, że ważne jest wyznaczanie kierunku innym uniwersytetom katolickim, które straciły swój charakter przez sekularyzację. Jeśli nam się uda, pokażemy im na naszym przykładzie, że można jednocześnie być oddanym Magisterium Kościoła i odnosić sukcesy. To pozwoli wielu uczelniom, które teraz walczą o przetrwanie, zrozumieć, że ortodoksja się opłaca.

Jest Pan z jednej strony biznesmenem i człowiekiem sukcesu, z drugiej praktykującym katolikiem. Wspomniany już przeze mnie Max Weber uważał, że z duchem kapitalizmu łatwiej da się pogodzić protestantyzm niż katolicyzm, a USA są tego najlepszym przykładem. Czy zgadza się Pan z takim postawieniem sprawy?

Myślę, że siła Stanów Zjednoczonych bierze się z katolicyzmu, a nie z protestantyzmu. Taka proporcja istnieje wśród prowadzących duże przedsiębiorstwa biznesmenów, z których większość to katolicy. Protestanci nie mają takiego systemu szkół jak katolicy. Nawet jeśli nie są one aż tak nastawione na sprawy duchowe, to jednak wciąż duchowość jest w nich nieporównywalnie ważniejsza niż w szkołach publicznych. Dlatego wydaje mi się, że ten kraj zawdzięcza równie wiele katolikom, jak protestantom, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że katolicy są w mniejszości. Poza tym nie słyszałem o zbyt dużej liczbie konwersji na protestantyzm, w przeciwieństwie do konwersji na katolicyzm.

Czy wiara pomaga w robieniu interesów?

Wątpię, czy przetrwałbym w biznesie bez wiary. Była to podstawa mojego sukcesu. W biznesie im lepiej traktujesz swoich pracowników, tym większe odnosisz sukcesy. Im lepiej traktujesz swoich klientów, tym większe masz zyski. To samo dotyczy dostawców i podwykonawców. Nie widzę żadnego konfliktu między katolicyzmem i sukcesem. Wręcz przeciwnie — sądzę, że Biblia i Kościół to najlepsza recepta na sukces w interesach i w każdym aspekcie życia.

W krajach postkomunistycznych ta recepta jest raczej nieznana. Niewiele mówi się też o etyce w biznesie.

Moje doświadczenie jest takie: jeśli żyjesz według zasad, to odniesiesz sukces. Jeśli oszukujesz ludzi, podejmujesz decyzje krótkoterminowe — w rezultacie nie uda ci się osiągnąć sukcesu. Wielu ludzi odnosi sukces, służąc pracownikom i klientom. Ale po odniesieniu sukcesu stają się dumni i zapominają, dzięki komu to wszystko zdobyli. Zmieniają sposób traktowania ludzi i tak pogarszają wizerunek swojej firmy. Sądzą, że ostatecznie nie można odnieść sukcesu, nie postępując etycznie. Jeśli w naszym kraju, gdzie działa tyle przedsiębiorstw na wolnym rynku, źle traktujesz swoich pracowników i klientów, to prowokujesz konkurencję: inni ludzie przyjdą i zabiorą ci pracowników i klientów.

Jest Pan założycielem Legatusa, organizacji skupiającej katolickich biznesmenów. Jaki jest cel tej organizacji?

Wpływ Legatusa na świat dopiero się zaczyna. Ma on dopiero 2000 członków i istnieje od 18 lat, przede wszystkim w USA, ale mam nadzieję, że rozprzestrzeni się na cały świat. Nie jesteśmy jednak w stanie poznać jego rzeczywistych wpływów, ponieważ nie można tego zmierzyć. Jeśli masz wpływ na życie ludzi sukcesu, możesz ukierunkować ich wiarę, a ta może przejawiać się na wiele sposobów. Znam wiele przypadków naszych członków, którzy byli wierzącymi katolikami, ale nie robili nic ponad chodzenie na Mszę w niedzielę czy wierność w małżeństwie. To jest minimum, które musisz spełnić, aby zostać naszym członkiem. Ludzie zaczynają słuchać i spotykać się z innymi członkami Legatusa. Swobodnie rozmawiają o swojej wierze, ponieważ wszyscy są katolikami. Potem okazuje się, że zaczynają chodzić na Mszę codziennie, zaczynają więcej robić dla swoich pracowników, zaczynają odmawiać codziennie różaniec, zaczynają brać udział w różnych projektach, które służą Kościołowi, w akcjach pro-life. To jest tego typu organizacja, która wyciąga z ludzi to, co najlepsze. Jest efektywna, ponieważ skupia osoby, które już wykazały się talentami przywódczymi. Inaczej nie zdobyłyby takiej pozycji. Celem jest zachęcenie ludzi z talentami przywódczymi i z dużymi zasobami do służenia Kościołowi, ponieważ mają oni większe możliwości niż przeciętny obywatel. Legatus powstał w ciągu godziny, po tym jak po raz pierwszy spotkałem Ojca Świętego. Wtedy w mojej głowie zrodził się pomysł stworzenia organizacji, w której katoliccy dyrektorzy i prezesi mogliby się spotykać co miesiąc i uczestniczyć we Mszy i spowiedzi, słuchać najlepszych kaznodziejów Kościoła, mieć do swojej dyspozycji kaplicę. Ostatnio zyskaliśmy nawet dwóch członków z Polski.

Jaki jest największy sukces Legatusa?

To, że przetrwaliśmy, zwłaszcza wczesne lata, kiedy mieliśmy wiele trudności. Biskup O’Connor powiedział mi, że podoba mu się pomysł Legatusa. Był wtedy arcybiskupem Nowego Jorku. Dał mi lekcję historii dotyczącą organizacji w Kościele katolickim, które odniosły sukces w dziejach. Każda z tych organizacji miała trudności na wczesnym etapie istnienia. My też mieliśmy tego typu problemy. Największym osiągnięciem było przetrwanie tego okresu. Teraz jest to dobrze prowadzona organizacja rosnąca w stałym tempie. Nie da się jednak zmierzyć jej korzyści. Wiemy, że wiara każdego członka została pogłębiona dzięki Legatusowi. Ale jak to zmierzyć? Nasi członkowie modlą się więcej, robią więcej, ale przecież nie prowadzimy statystyk.

Polska w niektórych sprawach, np. roli religii w życiu publicznym, bardziej przypomina USA niż Europę Zachodnią.

Kiedy myślę o Stanach Zjednoczonych i Polsce jako krajach religijnych, przychodzi mi od razu do głowy przykład Irlandii — kraju, który w 95 proc. był katolicki w czasach mojej młodości, a dzisiaj na Mszę uczęszcza około 60 proc. katolików i liczba ta wciąż się zmniejsza. To się zdarzyło w tym samym czasie, kiedy Irlandczycy przeżywali ożywienie gospodarcze. Według mnie nie musi się tak dziać, ale nie wiem, jak temu zapobiec. Wydaje mi się, że kluczowa jest postawa duchowieństwa. Księża powinni mieć odwagę mówić o prawdzie, o jakiej mówi papież, powinni nie bać się też mówić o grzechu, piekle, szatanie, o środkach antykoncepcyjnych i innym tego typu złu. Może Polska ma szansę zostać bogata i religijna jednocześnie, ponieważ nie ma nic złego w bogactwie, jeśli stawia się Boga na pierwszym miejscu. Nie ma nic złego w pieniądzach. Polska może być krajem, który pokaże, że kraj może być taki, jak zamierzył to sobie Bóg.

Myślę, że Polacy mogliby się nauczyć od Amerykanów niezwykłej samoorganizacji społeczności chrześcijańskiej.

Chesterton tak odpowiedział kiedyś na pytanie, co powoduje zło na świecie: „Ja”. W tym kraju każdy może zmienić świat. Wiele organizacji zaczynało od jednego człowieka, zaczynało skromnie, bez pieniędzy — tylko z pomysłem. Wiele z nich miało później wielki wpływ, stały się potężne i zrobiły wiele dobrego.

Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli dzieje się źle, to dlatego, że dobrzy ludzie temu nie przeciwdziałają. W USA działa organizacja o nazwie ACLU, która stała się początkiem zła w naszym systemie sądowym, wyrzucając z niego Boga. Wyrzucając Dekalog z naszych ustaw, wyrzucając krzyże z budynków publicznych. Dopuszczając jednocześnie symbole innych religii. Ludzie jednak mogą przeciwstawiać się tym rzeczom w sądzie i to po raz pierwszy dzieje się w naszym kraju. ACLU ma już przeciwników i przegrywa w sądach wiele spraw, ponieważ chrześcijanie jej się przeciwstawiają. Tak jak powiedziałem wcześniej — ten kraj to monarchia rządzona przez sąd. Sprzeciw i walka w sądzie to nasze pole bitwy. Ludzie powinni walczyć w sądach, ponieważ jesteśmy krajem praw.

Można w ten sposób wiele zmienić. Znam jedną kobietę w stanie Michigan, która sama, bez żadnego wsparcia ze strony hierarchii kościelnej, wniosła sprawę do trybunału o stwierdzenie, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. A kiedy już sprawa znalazła się w trybunale, zagłosowano za nią przeważającą liczbą głosów. Potrzebna była tylko jedna osoba, aby uruchomić trybunał. W końcu hierarchia również ją poparła.

Wielu Amerykanów mówi o sobie, że są „nowo narodzeni” w Jezusie, że w pewnym momencie Bóg odmienił ich życie. Czy z Panem było podobnie?

Urodziłem się w biednej rodzinie. Mój ojciec był kierowcą ciężarówki. Miał kłopoty zdrowotne, umarł w wieku lat 29. Miałem wtedy cztery lata. Większość dzieciństwa spędziłem w katolickim sierocińcu, który prowadziły siostry felicjanki z Polski. Siostry porozumiewały się ze sobą po polsku, więc można powiedzieć, że mam polskie korzenie. W sierocińcu było też dużo polskich chłopców. Siostra Bernarda była mi matką, ojcem i nauczycielką. To była naprawdę święta kobieta i to ona przekazała mi wiarę. Kiedy miałem siedem lat, chciałem zostać księdzem. Aż do momentu, kiedy poznałem dziewczynę z siódmej klasy. Poszedłem do seminarium w dziesiątej klasie, w wieku lat 15, ale niestety zostałem wydalony z powodu złego zachowania.

Przerażałem seminarzystów opowiadanymi przez siebie rzeczami. Ale bardzo poważnie myślałem o zostaniu księdzem. Zawsze starałem się być dobrym katolikiem. To było dla mnie zawsze najważniejsze. W moim życiu nie było jakiegoś gwałtownego nawrócenia czy szczególnego momentu zwrotnego, jedynie ciągły proces i, mam nadzieję, ciągły postęp.

Jakie praktyki duchowe uważa Pan za najważniejsze?

Najważniejszą rzeczą w moim życiu jest Msza święta. Uczestniczę w niej codziennie. Może raz czy dwa razy w roku zdarza mi się nie uczestniczyć w Eucharystii. Właściwie cały mój grafik podporządkowany jest Mszy. Tak go planuję, aby być pewnym, że będę brał udział we Mszy świętej, co nie jest łatwe z powodu moich licznych podróży. Do spowiedzi staram się chodzić co tydzień. Odmawiam brewiarz codziennie rano i wieczorem. Każdego dnia przed pójściem spać czytam mały fragment Biblii. Staram się odmawiać sześć różańców dziennie. Czasami jest to siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Staram gię odmawiać różaniec w każdej wolnej chwili, jaka mi zostaje. Czuję, że pomaga mi to na wiele sposobów. I wiem, że robię to, czego oczekuje ode mnie Matka Boża, jeśli w tej chwili nie mam nic innego do zrobienia. Czytam też katolickie książki i czasopisma, które są uzupełnieniem mojej modlitwy.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Grzegorz Górny

Ann Arbor, Michigan, grudzień 2004